O miłości - poezją...


Miłość

Pajęczyną złudzeń powleczone oczy,
Eros Afrodycie serce z piersi kradnie,
Miłość z przeznaczeniem pojedynek toczy,
Zmysły znowu w chmurach, a rozsądek na dnie;

Palce jak konary trzymają się ziemi,
Serce niby pnącze ulatuje w chmury,
W duszy jak w otchłani stado szarych cieni,
Z Hadesu wypełzły i pną się do góry;

Czy tę sztukę głodną boskie pióro pisze?
Czy tę czerń nakreśla pióra mego wizja?
O twe imię pytam, miłości, i słyszę,
Jak twe usta sypią słowem − Hipokryzja.


********************************************************************


 Miniatura

Szaniec smukłych palców
Zatańczył na biodrach
i zagrał na skórze

pełen dreszczu
orgazm –

miłość w miniaturze.


********************************************************************


Niecierpliwość

Bursztynowy wrzesień chłodem nas omija,
A przy moich ustach Twoja ciepła szyja,
A na mojej skroni Twoje ciepłe usta,
Wilgotne z pragnienia,
Oddech na nich usnął.

Rubinowe wargi zderzyły się w locie,
Stopy zaplątane w suchym liścia złocie,
Dwa serca sączone w mokrym poczęstunku,
Migdałowy deser,
Koktajl z pocałunków.

***
Całą tę liturgię pochłonęły zmysły,
a rozsądek przegrał w walce z wyobraźnią,
mój powrót do domu stał się oczywisty,
a to, co zostało, nazwijmy − przyjaźnią.


********************************************************************


Anatema
dla zerwanych strączek

(antyczny prolog ku miłości)

Sączy się miłość, sączy
po ramionach mokrych pnączy
ze źródeł kory rannego drzewa.

Jak żywica.

To nie exodos,
nie epejsodion,
a prolog.

Ulica w akcie wiosen
lepko-zieloną wonią sosen
zachwyca akordeonowe płuca.

Po ramionach mokrych pnączy
ze źródeł kory rannego drzewa
płynie żywica,
co we mnie dojrzewa.

To mój wewnętrzny monolog.
Anatema
dla zrywanych z drzewa strączek.

To nie exodos,
nie epejsodion,
a prolog.

Włożony do twoich rączek.

  W hierarchii uczuć, czyli etapy "miłości"

Poniżej znajduje się fragment eseistycznego zbioru pt. "Drzeworyt". Ma on formę dialogu, zaś umieszczony wywiad zatytułowany jest "W hierarchii uczuć". Traktuje o próbie zdefiniowania różnych etapów zaangażowania międzyludzkiego, tzw. etapów "miłości".


***

Nie jestem pewny, czy potrafię o tym mówić, szczególnie teraz, gdy więcej we mnie pustki niż jakichkolwiek uczuć. Ciężko jest mówić o czymś, co pewnie nigdy się nie zagoi.

Może czas najwyższy zdystansować się do tego, co było.

Dystans jest zjawiskiem przestrzennym, miłość zaś rozgrywa się nie tyle w przestrzeni, co w naszych sercach, w świecie całkowicie umysłowym. Gdy w grę wchodzi prawdziwe uczucie, nie można mówić o jakimkolwiek dystansie – w przeciwnym razie mielibyśmy do czynienia z pewną konfuzją.

Ale w relacjach międzyludzkich często dochodzi do różnych konfuzji.

Nigdy nie powinno tak być! Konfuzja taka jest wynikiem braku zdolności kochania i rozumienia prawdziwej miłości. Relacje, o jakich tu mowa, chociaż związane z życiem ziemskim – a więc tym, co ma swój początek i koniec – nie są rzeczą przetargową i jeśli już zaczynają istnieć, w pełni zdeklarowane, nigdy nie powinny się kończyć.

Co znaczy, wg pana, w pełni zdeklarowane?

Mam na myśli sytuację, w której dwoje ludzi zobowiązuje się do dzielenia z sobą reszty życia, a myślę, że tego typu zobowiązania to te, które przypieczętowujemy słowem „kocham”. Jeśli ktoś wypowiada to słowo, musi wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za jego urzeczywistnienie. Nie ma od tego prawie żadnych wyjątków.

Mówi pan „prawie żadnych”... Istnieją więc jakieś odstępstwa od przyjętej przez pana teorii?

Związki międzyludzkie są zjawiskiem nadzwyczaj delikatnym, moim zdaniem słowo „kocham” stanowi swoiste preludium do prawdziwej miłości, którą budujemy na planie czysto materialnym − w życiu ziemskim – po to, by ostateczny gmach naszej miłości zaistniał w życiu wiecznym. Człowiek realizuje się w celu dążenia ku jednemu – doznaniu prawdziwej miłości, a ta – tak na marginesie – nie jest przymiotem z tego świata; na tym świecie musimy sobie na nią zasłużyć i budować ją; kochając, stawiać jej fundamenty, stropy i całą resztę, by w kolejnym życiu nie musieć zaczynać wszystkiego od nowa, czy też budować od miejsca, w którym się zatrzymaliśmy.

Wierzy pan w reinkarnację...

Tak, wierzę, że jesteśmy tutaj, bo wróciliśmy do punktu wyjścia; do miejsca, w którym każdy z nas zatrzymał się na drodze poszukiwania i budowania miłości.
Wcześniej mówi pan jednak o konieczności kochania drugiej osoby jeszcze na planie ziemskim, ale miłości nie zawiera pan w tych słowach?...

Istotnie. Są to dwie różne rzeczy. W moich założeniach etap kochania drugiej osoby nie jest jeszcze zjawiskiem, któremu moglibyśmy nadać miano „miłości”, jako że o tej możemy dopiero mówić na planie pozaziemskim. Proszę zauważyć, że z pewnego punktu widzenia miłość jest tym wszystkim, co spotyka człowieka w życiu wiecznym, nie zaś w życiu doczesnym. Na takiej hipotezie, wręcz tezie, opiera się większość współczesnych doktryn religijnych, bezspornie przyznając, że nie kto inny jak Bóg – jest miłością. Jeśli Bóg stanowi w tym kontekście symbol życia wiecznego – nie udręczonego materią – to miłość staje się automatycznie tym wszystkim, co wieczne i spirytualne. Staje się duchową energią, którą jesteśmy, a którą zniewolił świat doczesny, zamykając ją w kajdany cielesności i pozostawiając jedynie namiastkę zdolności zakosztowania jej – mianowicie: zmysły.

Sądzi pan, że człowiek, jako byt uwikłany w ziemskość, dzięki zmysłom doznaje smaku miłości?

Zdecydowanie tak. Im bardziej zaś wykracza poza te zmysłowe zdolności i im bardziej zbliża się do nadprzyrodzonej kontemplacji miłości, tym bardziej cierpi z jej powodu i kocha niejednokrotnie bez pokrycia. Paradoksalne jest jednak w tym wszystkim to, że ów zdolność do bodaj metafizycznego odczuwania miłości jest wynikiem swoistej hiperpercepcji zmysłowej. To przez zmysły, w pierwszych fazach kontemplacji, przechodząc przez coś, co nazwałbym stanem nieprzeciętnej sensoryczności, człowiek taki wychodzi poza granice materialnego jej postrzegania. To niezwykła wrażliwość i pragnienie jeszcze większego zakosztowania takich uczuć, które zdecydowanie ogranicza i tak już przesunięta bariera zmysłowa.

Barierę tę człowiek pokonuje, gdy opuszcza ciało i przechodzi w całkowicie inny stan skupienia: staje się energią; zresztą, proszę pomyśleć – czy miłość nie jest energią?... Wszystko się zgadza...

Kiedy więc umieramy, w końcu możemy zakosztować prawdziwej miłości?

Myślę, że wówczas nie tyle jej zakosztowujemy, co po prostu stajemy się nią. Jej smak musimy już jednak poznać wcześniej – tutaj na ziemi, ale by to się udało, potrzeba czasem wiele wysiłku, wielu lat pracy i cierpliwości... niestety obawiam się, że nie każdy może na to liczyć od razu.

Wraca pan do zjawiska reinkarnacji?

Tak. Do zjawiska, które – moim zdaniem – jest kolejną rundą w grze, którą z całą odpowiedzialnością mógłbym nazwać czyśćcem. Poza tym, człowiek czuje chyba, że jego bytność na ziemi jest swoistą niewolą, od której podświadomie każdy z nas chciałby uciec. Nie chciałbym jednak, żeby ktokolwiek pomyślał, iż życie ziemskie symbolizuje odsiadywanie wyroku za coś, co nie wiadomo kto i czy w ogóle popełnił. To jakby inna strona medalu – problem wysoce dyskusyjny, dlatego bezpieczniej będzie go pominąć. Jeżeli jednak człowiek uzmysłowi sobie, jak wielka i cudowna może być miłość kojarzona z wiecznością i postacią czysto spirytualną, czy jak kto woli – energią (notabene życiodajną), dojdzie przecież do wniosku, że życie doczesne jest li tylko więzieniem dla tego, co piękne i prawdziwe: by poczuć bodaj namiastkę miłości, człowiek musi się odwoływać do wysoce ograniczonej ze wszystkich stron cielesności i przez zmysły doznawać rzekomej pełni szczęścia; gdyby jednak pozbyć się tego co materialne i uwolnić z siebie zakutą w kajdany energię, łatwo można by się przekonać, że namacalność jest bardzo uboga. Na ziemi nie pozostaje człowiekowi nic innego poza ową namacalnością, dlatego potrzebę bliskości z drugim (tym jedynym) człowiekiem zaspokaja przez akt czysto seksualny, stanowiący ziemski substytut tego, za czym gonimy przez całe życie – to ekwiwalent prawdziwej miłości, partnerki obserwującej nas zza światów.

Uwielbia pan metafory...

Może odrobinę...

Wróćmy jednak do tematu...

Na jednym ze swoich sympozjów pokazuje pan, sięgając po dość oryginalny schemat, linię demarkacyjną pomiędzy trzema określonymi i nazwanymi przez pana stanami. Miłość zdecydowanie odseparowuje pan od stanu kochania drugiej osoby, zaś stan kochania odrywa pan w sposób radykalny od tego, co współcześnie nazywany zakochaniem. Podkreśla pan konieczność autonomicznej interpretacji każdego z tych stanów i wręcz grzmi pan na ludzką ignorancję związaną z powszechną unifikacją trzech tych zjawisk. Czyżby leksemy takie jak miłość, kochanie i zakochanie nie desygnowały pojęć synonimicznych?


W żadnym wypadku cała ta trójca nie jest jednolita. Jeśli założyć, że ma trzy części, żadna nie jest synonimiczna wobec drugiej, żadna nie może stanowić jej ekwiwalentu. Ubolewam straszliwie nad faktem, że ludzie nie rozumieją pewnych zjawisk i nie są zdolni ocenić, co warte jest miana prawdziwego uczucia. Zaobserwowałem, że stworzyli więc sobie taki wygodny tercet synonimów, po który często sięgają, a słowa w nim zawarte, niby synonimiczne wobec siebie, wirują jak w młynku. To jedynie przypadek, czy wyskoczy z niego miłość czy zakochanie, jednak konsekwencje nie są później takie same.

Co ma pan na myśli, mówiąc że konsekwencje nie są takie same?

Nieświadomość istniejących barier pomiędzy trzema tymi stanami może prowadzić i prowadzi najczęściej do nadużywania leksemów takich jak miłość czy kochanie, włączając w to całe frazy, z których największą karierę we współczesnym świecie zrobiła dwuwyrazowa „kocham cię” (warto tu zauważyć, że z reguły znamy jej ekwiwalenty w wielu językach, a nie zdajemy sobie przy tym sprawy z ciężaru pola semantycznego, jakie to proste wypowiedzenie zarysowuje). Pochopne, nieprzemyślane, bo i nieświadome – a przy tym motywowane nagłym ładunkiem emocji – wyznanie tak zwanej miłości wkrótce może prowadzić do głębokich rozczarowań, a nawet tragedii, jeśli osoba deklarująca tę „miłość” nie bardzo wie, co ta miłość oznacza. Są to deklaracje bez pokrycia, za które na dłuższą metę nikt nie bierze odpowiedzialności – mówiliśmy o tym, zresztą, na początku.

Jeżeli ktoś nie rozumie, czym jest kochanie drugiego człowieka, nie może też wiedzieć, kiedy powinien zwerbalizować „sakramentalne” „kocham cię” i co kryje się pod jego werbalizacją. A kryje się przede wszystkim głęboka odpowiedzialność i świadomość, że tym samym uzależnia się od siebie emocjonalnie drugą osobę. Nadaje się w ten sposób początek pewnej symbiozie, której późniejsze zerwanie równa się bodaj śmierci, jeżeli nie jest ono bilateralną decyzją.

O decyzji, w każdym razie, bardzo trudno tutaj mówić (nie jest to z pewnością dobry grunt pod roztrząsanie tegoż pojęcia), jednak dopuszczalne jest cięcie relacji, jeśli obie strony na to przyzwolą i jeśli emocjonalnie są na to gotowe. W tego typu relacjach, nawet jeśli padło kiedyś z ust obojga tak wieloznaczne „kocham cię”, rzeczywistego kochania nigdy nie było; istniała jedynie może jego chęć, która mogła się przełożyć na zbyt pochopne deklaracje.

Mówi pan, jak rozumiem, o wszelkiego rodzaju rozstaniach, separacjach czy też rozwodach wśród tak ogromnej rzeszy ludzi?

Tak. Mówię o tragediach końca związku, które współcześnie są najczęściej pisaną przez życie sztuką. Aktorzy grają w niej nawet po kilka razy w ciągu całego życia, zupełnie jakby miłość była zjawiskiem tranzytowym! Musimy zrozumieć, że miłość nie jest tranzytem!, a angażując się w związek, powinniśmy myśleć właśnie o miłości.

Miłość jest więc ostateczna i jedyna w swoim rodzaju.

Zdecydowanie winna być ostateczna, bo jest tylko jedna. Nie zaś jedna pod wieloma postaciami, czy też jedna w przebraniu. Uczucia to nie cyrk (choć dziś przypominają one coś o wiele bardziej żałosnego; z całym szacunkiem do cyrkowców). Jeśli ktoś stawia hipotezę, że miłość – owszem – jest jedyna, lecz niczym aktorka przewija się w życiu potencjalnego mężczyzny kilka razy, co raz to w innym kostiumie (ma wiele twarzy), to również jest w błędzie – bo – powtarzam! – miłości nie nazywamy w życiu doczesnym, tutaj jedynie o nią zabiegamy, zabiegamy o to, by po śmierci móc powiedzieć o swojej drugiej połowie, że to właśnie ona – miłość. Ja wiem, że brzmi to może dość ogólnikowo...

Również nieco enigmatycznie...

Reasumując więc, ludzie powinni budować związki w dobrej wierze i w oparciu o wiarę w wieloletnie ich przetrwanie, ale co zrobić, jeśli na drodze takiego związku stanie jakaś przeszkoda, jeśli fundamenty podmokną?


Nie można dopuścić do tego, by budowla się zawaliła. Jeśli jakieś czynniki zewnętrzne będą podmywały jej filary, wiara w miłość z pewnością wszystko przezwycięży. Nawet najgorsze zrządzenia losu nie powinny zawalić budowli, jeśli jedno uwierzy w drugie.

W tych słowach jawi się pan jako bezsporny idealista. Czy takie aby podejście do tematu nie jest nazbyt skrajne?

Nie sądzę, żeby tak było. Jeśli zaś rzeczywiście tak jest, to wystarczy zauważyć, że roztrząsane przez nas zjawisko miłości również jest czymś idealnym; ostatecznie, przecież, miłość musi być idealna. Przynajmniej w niebie...

Pańska koncepcja wierności i dożywotniego związku kłóci się jednak z wymogami współczesnego świata. Jak pogodzić współczesną tendencję do zakładania otwartych związków i przedkładania kariery ponad stany duchowe z tym, co lansuje pańska teoria? Czy istnieje jakiś złoty środek na pogodzenie pańskich myśli z priorytetami dzisiejszego świata?

Hm... Obawiam się, że współczesny świat nazbyt się zagalopował. Prawdopodobnie wybiegł zbyt daleko poza granice zdrowego rozsądku, a – co za tym idzie – wyzuł się z gra uczuć, koniecznych do spełnienia podstawowych postulatów miłości. Ubolewam nad tym, że dzisiejszy człowiek zatrzymał się w procesie rozwijania uczuć jedynie na etapie zakochania, poza który nie potrafi już prześliznąć się dalej, i za każdym razem poszukuje od nowa. Proszę zauważyć, że w centrum dzisiejszej myśli ludzkiej stoi freudowskie „ego”, które jako myśl przewodnia doskonale odnajduje się w dobie konsumpcyjnego stylu życia i bezlitosnej asertywności. Etap, który przywołaliśmy – zakochanie – należy jeszcze do tej właśnie idei, inaczej mówiąc, jest zjawiskiem o charakterze egocentrycznym, i choć zaraz po nim następuje już etap kochania drugiej osoby, zakochanie jest w dalszym ciągu etapem ukierunkowanym na korzyści czy też profity osoby zainteresowanej – chociaż samo w sobie nie jest tendencyjne i daleko mu do perfidności.

W naszej rozmowie przewijają się bezustannie pewne „etapy”. Czy mógłby je pan pokrótce omówić?

Oczywiście. Koncepcję swoją nazywam w prosty sposób „drabiną uczuć”, aczkolwiek sytuuję na niej zjawiska nieco szersze niż same uczucia; powiedziałbym wręcz – ich kompleksy. Stanowi ona swoisty sekstet (nawiązuję tutaj do nomenklatury, którą i pani się posłużyła, nazywając wcześniejsze trzy stany), jako że składa się na nią sześć mniej lub bardziej różniących się od siebie stanów...

Te stany nazywa pan również etapami?

Nomenklatura jest tutaj bardzo ważna, dlatego dobrze, że pani o to pyta. Rzeczywiście, inaczej – są to etapy.

Przy ich nakreślaniu rozpoczynam zawsze od najniższego szczebla, który jakby najwięcej ma wspólnego z przymiotami czysto ziemskimi, a kończę oczywiście na najwyższym, którego z materią już nie łączy nic (no, może tylko poprzedzający go etap „tranzytowy”). Proszę sobie teraz wyobrazić drabinkę, albo jeśli pani woli – odcinek, na którego obu końcach znajdują się: pociąg seksualny i miłość. Obie relacje są wobec siebie skrajne, prawie antagonistyczne, i domykają z obu stron płaszczyznę uczuciową człowieka; można by rzec, że są początkiem i końcem barwnej palety ludzkich uczuć (stanów) uwikłanych w relacje „miłosne”...

...dalej postaram się nie sięgać po porównania, by mnie pani znowuż nie posądziła o nadużywanie metafor...

Przyznaję, że jest pan dobrym żąglerem językowym.

Przepraszam za ten drobny żart.

Wracając jednak do sprawy: miedzy obu krańcowymi stanami na drabince uczuć znajdują się jeszcze cztery inne etapy, do których należą w kolejności – pożądanie, zauroczenie, zakochanie i kochanie. Każdy ze stanów wiąże się z bardziej progresywnym zaangażowaniem w potencjalną relację, która z każdym etapem jawi się zdecydowanie bardziej dłuższą. Chcąc to zobrazować, weźmy do tablicy pierwszą ze środkowych relację, a przekonamy się, że pożądanie nie sprawia większego kłopotu, bo by znikło, wystarczy wyeliminować czynnik je rozniecający (po prostu oddalić się od niego); zauroczenie może przysporzyć nieco niedogodności, ale nie spędzi nam snu z powiek; zakochanie podobno odbiera już nawet apetyt na jakikolwiek posiłek; a kochanie winno wiązać na zawsze, w odpowiedzialnym związku.

To oczywiście ogólnikowe wyjaśnienia w celu wdrożenia nieco głębszej teorii.

Rozpocznijmy od klasycznego pociągu seksualnego.

Jest to etap na tyle prymitywny, że nie obrazuje konkretnych relacji. Pociąg seksualny istnieje sam w sobie, jako autonomiczne zjawisko zmysłowe dotyczące fizjologii ludzkiej i nie musi być pobudzany z zewnątrz. Zjawisko to jedynie pośrednio dotyczy relacji miedzy dwiema osobami, jako że by zaistniało, nie jest potrzebny żaden aktywator zewnętrzny; jego aktywacja jest warunkowana genetycznie, a jej siła zależy jedynie od autonomicznego programu jednostki. Dla Freuda byłoby to po prostu libido, istniejące niezależnie od środowiska i czynników zewnętrznych.

Chcę przez to powiedzieć, że to, iż pan X ma określony pociąg seksualny, przekłada się bodaj każdego dnia na określoną chęć pozbycia się cytowanego pociągu. Nie ma więc większego znaczenia, w jaki sposób pan X dokona tego zabiegu i czy przeprowadzi go w czyjejś asyście, a jeśli tak, to w czyjej. Pan X pragnie jedynie dać upust swoim żądzom. Jeśli założymy, że pan X woli mieć przy sobie asystentkę, warto zauważyć, że na omawianym etapie liczyć się będzie jedynie to, że asystentkę tę natura wyposażyła w obie kończyny dolne i jeszcze coś, czym pan X z pewnością nie pogardzi... [poniżej pobierz resztę wywiadu].

Fragment e-booka "Drzeworyt"


Czym jest miłość?

Zanim przeczytasz o miłości, zajrzyj również na podstronę główną: 

Niniejsza podstrona ma charakter filozoficzno-literacki. Przeznaczona jest dla tych wszystkich, którzy lubią dużo i długo rozmyślać, mają wrażliwe dusze i kochają literaturę. 

Osoby szukające bardziej pragmatycznych i rzeczowych informacji muszę z góry przeprosić.

Przyjemnej lektury.

„Niech każdy z nas podpiera się wiedzą, lecz niechaj stoi na własnym rozumie.”

Powieść gejowska

..
..
Kreator www - przetestuj za darmo